Cichociemni na Lubelszczyźnie: Hieronim Dekutowski

W nocy z 16 na 17 września 1943 roku wylądował, na placówce odbiorczej „Garnek”, w powiecie pułtuskim, razem z dwoma towarzyszami, podporucznik rezerwy piechoty, Hieronim Kazimierz Dekutowski ps. „Zapora”, „Odra” – jeden z najznakomitszych dowódców partyzanckich Okręgu Lubelskiego. Urodzony w 1918 roku w Tarnobrzegu, w latach szkolnych był cenionym i wybijającym się działaczem Związku Harcerstwa Polskiego. W 1939 roku nie został zmobilizowany. Walczył jako ochotnik w oddziałach piechoty z grupy generała (wówczas jeszcze pułkownika dyplomowanego) Bronisława Ducha. Przeszedł na Węgry, gdzie krótko był internowany. Krótko, bo „zwiał”. „Zielonymi granicami” dotarł do Francji, gdzie został zmobilizowany i wcielony do Czwartego Pułku Piechoty w Drugiej Dywizji Strzelców Pieszych. Po klęsce Francji przedostał się do Anglii. Otrzymał przydział do Pierwszej Brygady Strzelców, ukończył Szkołę Podchorążych i kurs spadochronowy oraz gruntowne przeszkolenie dywersyjne. Po „aklimatyzacji” w Warszawie otrzymał przydział na stanowisko dowódcy Czwartej Kompanii Drugiego Baonu Dziewiątego Pułku Piechoty Legionów w Inspektoracie Rejonowym Zamość. Powierzonym sobie oddziałem dowodził z dużą brawurą, łącząc skuteczność działań bojowych z niezwykłą troską o żołnierzy, których przy tym szkolił w sposób nader intensywny, mimo bardzo ciężkich warunków zimowych. Szczególnej sławy przysporzyła mu akcja na, zasiedloną przez kolonistów niemieckich, wieś Źrebce, silnie obsadzoną przez formację Selbstschutzu, którą wybił „do nogi”, tracąc jednego poległego (strzelca Waśko). Miał w swojej kompanii drużynę, złożoną ze zbiegłych z niemieckich obozów Rosjan, którzy „Komandira” dosłownie wielbili. Ta umiejętność, przywiązywania do siebie serc żołnierskich, była u „Zapory” czymś zupełnie szczególnym, nieomal niepowtarzalnym. Potwierdzają to bez wyjątku wszyscy, którym przyszło się z nim kiedykolwiek zetknąć. W lutym 1944 roku Komenda Okręgu Lubelskiego Armii Krajowej, a ściślej major Jan Nawrat ps. „Lucjan”, szef Kedywu Okręgu, przeniósł „Zaporę” na stanowisko szefa Kedywu Inspektoratu Rejonowego Lublin–Puławy, którym, po aresztowaniu Stanisława Jagielskiego ps. „Siapek”, władał, tymczasowo, porucznik Czesław Piasecki ps. „Agawa”. W tym czasie i w tych warunkach stanowisko szefa Kedywu Inspektoratu w sposób naturalny łączyło się z funkcją dowódcy Oddziału Dyspozycyjnego. Ten – nominalnie pluton – szybko rozrósł się do stanu liczebnego „dobrze okrytej” kompanii. Do akcji „Burza” stanęła ona jako Pierwsza Kompania Ósmego Pułku Piechoty Legionów, w sile trzech pełnych plutonów, solidnie uzbrojonych, nie tylko w broń osobistą, ale i maszynową oraz przeciwpancerną. Akcji bojowych i dywersyjnych było dużo – straty zaś własne wręcz znikome. Po wkroczeniu na Lubelszczyznę wojsk sowieckich, „Zapora” – w kontakcie taktycznym z oddziałami pierwszego rzutu Armii Czerwonej – przemieszczał oddział ku Wiśle, stopniowo redukując jego stan o tych, którzy mieli możliwość powrotu do domów rodzinnych, lub bezpiecznego „zamelinowania się” w terenie. Z pozostałymi próbował, w sierpniu (po wybuchu Powstania Warszawskiego), przejść na lewy brzeg Wisły, w nadziei dołączenia do Zgrupowania „Jodła” (z Okręgu Radomsko–Kieleckiego), które dążyło na pomoc walczącej stolicy. Ta operacja nie powiodła się, a rozpoczęte, przez wojska sowieckie, N.K.W.D. i podporządkowane im formacje „berlingowskie”, Urząd Bezpieczeństwa i Milicję Obywatelską, represje, w stosunku do żołnierzy Armii Krajowej, zmusiły „Zaporę” – w trosce o ludzi – do pozostania w zbrojnym podziemiu. Po rozwiązaniu, 19 stycznia 1945 roku, rozkazem generała Leopolda Okulickiego ps. „Niedźwiadek”, Armii Krajowej, oddział swój podporządkował „Zapora” organizacji „Nie”, pod komendą generała Emila Fieldorfa ps. „Nil”, a po jego aresztowaniu – Zrzeszeniu „Wolność i Niezawisłość”, w którym niebawem objął stanowisko Komendanta Zgrupowania Oddziałów Okręgów: Lubelskiego, Rzeszowskiego i Radomsko–Kieleckiego. „Zgrupowanie” – to brzmi groźnie. Było to faktycznie około 300–400 desperatów, zagrożonych więzieniem, deportacją lub po prostu – kulą w kark. Podzieleni na niewielkie grupy, w sile sekcji – drużyny, wyjątkowo plutonu, prowadzili działania, sprowadzające się do samoobrony i ochrony wsi przed akcjami pacyfikacyjnymi, do których w tym czasie używano około dwóch brygad Korpusu Bezpieczeństwa Wewnętrznego, czterech pułków piechoty, nie licząc oddziałów sowieckich, sił Urzędu Bezpieczeństwa i Milicji Obywatelskiej, wielokrotnie przekraczających liczebnie siły podziemia. Proponowane „Zaporze”, przez władze bezpieczeństwa, „ujawnienie się”, warunkował on uwolnieniem z więzień tysięcy aresztowanych żołnierzy Armii Krajowej i Batalionów Chłopskich. Jeśli dziś jeszcze, po czterdziestu z górą latach, podnoszą się głosy „weteranów okresu błędów i wypaczeń”, określające „Wolność i Niezawisłość” jako bandytów, to dziwnymi wydają się władze bezpieczeństwa, które z „hersztem bandytów” … pertraktowały! Dziś można powiedzieć jasno: była to wojna domowa. Jak każda tego rodzaju wojna – szczególnie okrutna i krwawa, nieprzebierająca w środkach, podlegająca naturalnej eskalacji. Historia poucza o tym dokładnie – przynajmniej tych, którzy ją znają nie tylko z politycznych broszur. Jest natomiast faktem historycznie bezspornym, że bezpardonowa walka zbrojnego podziemia, w latach 1945–1947, uchroniła Polskę od kolektywizacji wsi i że dziś, w roku 1990, mamy jeszcze szansę na odbudowę zrujnowanej gospodarki rolnej. We wrześniu 1947 roku „Zapora” podjął, z siedmioma towarzyszami, próbę przedostania się na Zachód. Ujęty przez Urząd Bezpieczeństwa w Nysie, 16 września 1947 roku (dokładnie w czwartą rocznicę skoku do kraju), po półtorarocznym, brutalnym śledztwie, w katowni przy ulicy Rakowieckiej, został stracony wieczorem, 7 marca 1949 roku, w więziennej piwnicy – z sześcioma towarzyszami – strzałem w kark. Wszyscy pogrzebani zostali w papierowych workach, w dole zasypanym wapnem, prawdopodobnie na peryferiach cmentarza powązkowskiego. Hieronim Kazimierz Dekutowski ps. „Zapora”, pośmiertnie awansowany do stopnia majora, był Kawalerem Krzyża Srebrnego Orderu Wojennego Virtuti Militari. Pamięć jego i poległych razem z nim sześciu towarzyszy uczczono, w czterdziestą rocznicę ich śmierci, tablicą pamiątkową w kościele ojców Dominikanów w Tarnobrzegu. Na wieczną pamięć dla następnych pokoleń.

Autor: Wojciech Kozłowski