Słowo na dzień 15 lipca 1990 roku

Zgromadziła nas tutaj rocznica – nieokrągła może – walki z niemieckim najeźdźcą, stoczonej przed 46 laty. Zwycięskiej wprawdzie, ale okupionej szczodrze krwią własną. Zgromadziła nas pamięć o poległych, których kości kryje – od pół wieku bez mała – godowski las. Zgromadziła nas tutaj świadomość wspólna, że ziemia pamięta, że ziemia gromadzi prochy. Z tą myślą, z tą intencją, z tą wiarą ufną i głęboką, składaliśmy w tym miejscu, w ziemi gościnnej a ukochanej ponad życie, ciała poległych dowódców i kolegów naszych. Minęło niemal pół wieku! Odwiedziłem to miejsce przed dwudziestu laty. Dawno umilkły strzały. W Godowie domostw przybyło, las podrósł i miejscami go wycięto, droga też ulepszona biegła jakoś inaczej. W zmienionej topografii miałem trudności z odnalezieniem bezbłędnym tego, zatajonego przed laty, miejsca. Zatrzymałem samochód i zapytałem o cmentarz starą kobietę, pracującą w obejściu. O cmentarz partyzancki. „Cmentarz jest w Chodlu, przy kościele” – odrzekła. „Ale mnie chodzi o cmentarz partyzancki, w tym tam lesie” – wskazałem ręką w lewo i ku górze, gdzie las – podrosły i miejscami wycięty – dawną topografię odmienił. „Tu żadnych partyzantów nigdy nie było” – odburknęła niechętnie i podejrzliwie. „Byli, w czasie wojny” – nalegałem, ale kobieta trwała w swoim uporze. Nalegałem dalej. Wymieniłem zapamiętane pseudonimy: „Tam leżą »Ewa«, »Kordian«, »Sławek« i »Lwów«…”. Wreszcie nieufność stajała. „A pan od kogo?” – spytała. „Od »Zapory«” – odrzekłem – „Byłem w trzecim plutonie…”. „A »Opala« pan zna?”. „Znam. Widziałem się z nim wczoraj w Lublinie, na Bychawskiej”. „A »Kordian« kiedy zginął?” – indagowała dalej. „17 lipca w 1944 roku. Pod Kożuchówką” – odparłem. Lody jakoś puszczały. Jeszcze jedno i drugie pytanie, ale już innym tonem stawiane, i ślad ciepłego uśmiechu, w blado–niebieskich oczach, na pomarszczonej, smagłej twarzy. Chwilę jeszcze coś ważyła w sobie, potem odwróciła się do podwórza. „Franuś!” – zawołała. Wybiegł przed furtkę dwunastoletni może chłopaczek, piegowaty, o płowej i dawno niestrzyżonej czuprynce, w kusych porteczkach i lnianej koszulinie. „Franuś” – powtórzyła – „Zaprowadzisz pana oficera na cmentarz”. Skinął poważnie kudłatym łebkiem. Zostawiliśmy samochód przy drodze i ruszyliśmy miedzą prosto pod górę. Podeszliśmy pod las i skręciliśmy w prawo, dróżką wzdłuż brzegu lasu. Po trzystu metrach skręciliśmy w lewo, w gąszcz leśnego poszycia. Cmentarz był rzeczywiście blisko, tyle, że młodniak brzozowy, w którym grzebaliśmy ongi poległych, podrósł wysoko i białe pnie ściemniały nieco. Nieduży, kamienny pomniczek, z kamieni polnych klecony, na szarym cemencie wydrapana data: 1943–1944, i kilka czarną farbą zaciemnionych imion. Mogiłki w równym dwuszeregu – omiecione. Zeschłe wiązanki kwiatów i ogarki świec, zeschłe liście – widać, że niedawno zgrabione. Biedny – ale niezapomniany. Chłopiec recytował: „Tu leży »Ewa«, tu »Kordian«, tu »Sławek«, tu »Lwów«” … jakby raport składał. Sam pamiętałem trzy, może cztery groby. Tych było kilkanaście. „Skąd to wiesz?” – zapytałem. „Tato mówił, że to trzeba zapamiętać” – odpowiedział po prostu, jakby dziwiąc się memu pytaniu. A zapamiętać było trudno, bo „władza ludowa” krzyże obaliła, napisy z mogił wyrzuciła. Tej „władzy” i polegli zagrażać mogli! Dziś, kiedy staraniem kolegów i miejscowej ludności, cmentarz ten odbudowany jako pomnik stawiamy, pomnik walk o Wolność i Niezawisłość, przez Armię Krajową toczonych, i miejsce wiecznego spoczynku poległych, prosimy pamiętać – powierzamy to miejsce, ten cmentarzyk ubożuchny, ale dla nas cenniejszy nad prześwietne, marmurowe nekropolie, powierzamy ten skarb wieczystej opiece mieszkańców Godowa i pasterzy Parafii Chodelskiej, tak starej, szacownej i historią nasiąkłej, jak krwią żołnierską nasiąknięta jest ta ziemia serdeczna. I kiedy dziś modlimy się za wieczny spokój dla dusz tych, których kości kryje ta ziemia poświęcana, ogarnijmy pamięcią i modlitwą naszą także dusze tych, którzy życie swoje, za Wolną Polskę, oddali nie w walce otwartej, ale w więziennych piwnicach Zamku czy Rakowieckiej – mordowani, kulą w kark, przez przebranych w polskie mundury moskiewskich oprawców. Módlmy się za duszę majora „Zapory” i jego podkomendnych: „Żbika”, „Rysia”, „Zawady”, „Junaka”, „Mundka” i „Białego”. Za duszę porucznika „Rosy” – zamordowanego, w styczniu 1945 roku, na Zamku Lubelskim. Ich groby, zasypane wapnem, zadeptane butami ubeckich oprawców, pozostają nieznane, ale miejsce ich jest tu, wśród swoich. Módlmy się też za duszę niegdysiejszego proboszcza parafii tutejszej, księdza Piotra Ściegiennego, bohatera Powstania Styczniowego, którego cień patronuje ziemi tutejszej i tej ubogiej partyzanckiej nekropolii. Patronuje – mimo że ślady jego zostały zadeptane – i to tak niedawno. Wieczne odpoczywanie racz im dać Panie… Niech odpoczywają w pokoju wiecznym.

Autor: Wojciech Kozłowski